Diego Maradona – biografia. Rozdział “Maradona. Ręka Boga”

Piłka nożna.

Niedawno ukazało się nowe wydanie biografii Diego Maradony autorstwa Jimmy’ego Burnsa “Maradona. Ręka Boga”. Poniżej prezentujemy jeden z rozdziałów ten pasjonującej pozycji, opowiadającej historię jednej z najbardziej interesujących postaci w dziejach futbolu.

Diego Maradona
Diego Maradona (Foto: Materiały prasowe)

Książka “Maradona. Ręka Boga” do nabycia tutaj.

Ten rozdział jest opowieścią o dwóch historiach, a właściwie o dwóch historiach, które stały się jedną dzięki moim spotkaniom z tragicznym geniuszem światowego futbolu zawodowego.

Mówi o tym, co Diego Maradona powiedział i zrobił po ukazaniu się (nieautoryzowanej) biografii, Maradona. Ręka Boga, a także o dziwnych zmianach, jakie zaczęły następować w moim życiu w efekcie pisania o Maradonie. Po drodze obaj wzięliśmy odrobinkę jeden z drugiego.

Mam mu za złe, że rozpoczął tę historię, postanawiając przyjechać do Londynu na początku września 1996 roku, właśnie wtedy, gdy moja książka zaczynała się pojawiać w księgarniach. Diego, który coraz bardziej pogrążał się w spowodowanej narkotykami nerwicy, nagle zaczął odzyskiwać chęć do życia, podczas gdy ja popadałem w monumentalną depresję i bezczynność.

Diego Maradona
Diego Maradona (Foto: Materiały prasowe)

W przeddzień przylotu Maradony do stolicy Wielkiej Brytanii ktoś dzwoni do mnie z Buenos Aires, aby puścić mi nagrany na taśmie radiowy wywiad, którego Diego udzielił przed wyjazdem. Jest pełen werwy. Razem z żoną, Claudią, robią kolejne podejście do pierwszego syna. „Mam nadzieję, że tym razem moje plemniki znajdą sobie drogę”, oznajmia młodemu argentyńskiemu reporterowi, z którym spożywa w swoim mieszkaniu makaron i sałatkę pomidorową. Kilka tygodni wcześniej opuścił Boca Juniors; nie strzelił kilkunastu karnych, powszechnie się mówi o jego problemach z narkotykami. Może nie strzelam już tylu goli, co kiedyś, zdaje się mówić, ale pieprzyć i robić dzieci wciąż potrafię.

W 1986 roku, po meczu z Anglią, Maradona podziękuje Bogu za bramkę strzeloną ręką. Kiedy pudłował przy dyktowanych dla Boca karnych, winą obarczał piekło. „To czarownice sprzysięgły się przeciw mnie”, tłumaczył miejscowym gazetom. Obawiam się, że i na mnie ciąży klątwa. Moja gwiazda spadła z nieba i rozprysła się. Zostałem wychowany przez jezuitów, ale nawet oni nie przygotowali mnie wystarczająco na Diega.

Kiedy myślę, że zobaczyłem już ostatni rozdział jego życia, Diego oznajmia, że przyjeżdża do Londynu, aby uświetnić międzynarodowe rozgrywki drużyn szkolnych sponsorowane przez Eurosport i Pumę. Anglicy mogą mu dalej pamiętać tę sztuczkę z ręką, ale on zawsze myśli o nich z szacunkiem. Zresztą, czyż rok wcześniej nie został entuzjastycznie powitany w Oksfordzie, gdzie otrzymał honorowy tytuł Inspiratora Marzeń?

Diego Maradona
Diego Maradona (Foto: Materiały prasowe)

Popadam nie tylko w depresję, ale też w przerażenie. Nie wierzę, że Diego przyjeżdża do Londynu jedynie po to, aby pokopać sobie piłkę z gromadką dzieciaków w parku Battersea. Wkrótce po jego wywiadzie w argentyńskim radiu budzę się w nocy zlany potem: śniło mi się, że Diego gonił mnie po Trafalgar Square, otoczony armią prawników w garniturach i goryli z futerałami na skrzypce.

Jimmy Burns "Maradona. Ręka Boga"
Jimmy Burns “Maradona. Ręka Boga” (Foto: Materiały prasowe)

Mijał właśnie mniej więcej rok od czasu, gdy pojawiłem się w najpopularniejszym argentyńskim talk‑show w towarzystwie menedżera Maradony, Guillermo Coppoli, oraz byłego trenera argentyńskiej reprezentacji, Carlosa Bilardo, i oznajmiłem, że przygotowuję książkę o życiu i czasach Maradony. I teraz ta czcza przechwałka miała się na mnie zemścić. Wyobrażałem sobie, że Diego wybiera się do Londynu, aby mnie zniszczyć psychicznie, fizycznie i prawnie.

Wtedy przypomniała mi się rada mojej nieżyjącej już babki Hiszpanki: jeśli grozi ci atak, najlepiej go uprzedź. W obstawie dwóch agresywnych kobiet późnym sobotnim wieczorem zjawiam się z egzemplarzem mojej książki w restauracji San Lorenzo w Knightsbridge, nieopodal Harrodsa, w której Diego miał jeść kolację.

Jeśli człowiek nie jest dziennikarzem albo – przypadkiem – autorem książki o Diego Maradonie, do San Lorenzo może wejść tylko wtedy, jeśli ma pieniądze albo arystokratyczny tytuł. Diego lubił tam przebywać, aby pokazać, że nie ma na świecie miejsca, do którego niemiałby wstępu. Brakowało mu błękitnej krwi, ale nędzę przedmieścia dawno już zostawił za sobą.

Diego Maradona
Diego Maradona (Foto: Materiały prasowe)

Siedzi przy stole z Coppolą, swoim menedżerem, i Viallim. Grający w Chelsea Włoch jest milczący i trzeźwy (nazajutrz ma mecz na stadionie Stamford Bridge), ale Diego popija, a może bierze.

Też coś jeszcze, żeby poprawić sobie humor. Wygląda na to, że nie zauważa ani mnie, ani towarzyszących mi kobiet. Chyba nawet nie pamięta, że się poznaliśmy, że prześledziłem całą jego drogę z Buenos Aires do Oksfordu, via Neapol, Barcelona i Paryż, i że napisałem o nim książkę.

Zdaję sobie sprawę, że Diego znajduje się w takim stanie, że może albo rozbić kieliszek, rzucić we mnie butelką czy przewrócić stół, albo nic nie zrobić. Wręczam mu książkę takim gestem, jakbym w rosyjskiej ruletce podawał przeciwnikowi pistolet. Wolałbym jednak wierzyć, że wręczam mu część jego duszy. Na wewnętrznej stronie okładki widnieje dedykacja: Dla Diega: życie, jak je pojąłem. Chciałem wyrazić w tych słowach tyle, że jest to biografia krytyczna, ale prawdziwa. Kiedyś jednak Ossie Ardiles, rozmawiając ze mną o Maradonie, powiedział: „Prawda boli”.

Diego bierze książkę jak przedtem menu, spogląda na dedykację, a potem przewraca strony z miną człowieka, który nie ma ani nastroju, ani chęci, aby się w cokolwiek wczytywać. Zatrzymuje się tylko przy fotografiach, zaśmiewając się jak niegrzeczny chłopiec, zwłaszcza przy tej, na której w 1986 roku pozuje z całą rodziną Giuliano (kierującą neapolitańską camorrą).

Explore more:  SSC Napoli - Lazio Rzym: relacja na żywo. Zieliński z golem? LIVE

Jeśli i ja jak dotąd powiedziałem jedynie: „Cześć, Diego, to moja książka o tobie”, to dlatego, że miejsce trwogi zajęła fascynacja: czekam na jego reakcję. Nie odzywa się ani słowem i dopiero teraz dociera do mnie, że być może jednak mnie rozpoznał, kiedy wchodziłem. Nie zamierza mi ani dziękować, ani przylać: postanowił mnie zignorować.

Przyjął pistolet, wystrzelił i teraz siedzi cały i zdrowy przy kolacji w San Lorenzo. Kiedy zamyka książkę i przesuwa ją po stole do Coppoli, grupka kelnerów podchodzi i prosi po włosku o autograf. W ślad za nimi zjawia się kierownik restauracji i obejmuje Diega niczym dawno niewidzianego brata. Wygląda na to, że teraz wszyscy w lokalu spoglądają tylko na niego. San Lorenzo przypomina mi w tym momencie Ojca chrzestnego i Włochów całujących się w rytuale plemiennej zgody.

Diego Maradona
Diego Maradona (Foto: Materiały prasowe)

Diego, ty sukinsynu, myślę w duchu. Przez cały rok nie dosypiałem i nie dojadałem, żeby dojść do tego, co ukrywałeś przez całe życie, a ty teraz nie masz mi nawet słowa do powiedzenia!

Tylko osoby siedzące przy jednym stoliku przyglądają się tej sytuacji z niejakim zdziwieniem. Mężczyźni i kobiety, w których żyłach płynie niebieska krew; wszyscy uczęszczali do prywatnych szkół i odziedziczyli bogactwo. Lubią strzelać, polować i grać w polo. Przestali kupować u Harrodsa, kiedy przejęli go Arabowie, niemniej jednak San Lorenzo nadal mieści się w ich świecie. Dzisiaj odnoszą wrażenie, że to ich terytorium zajęto, a o tym, do jakiego stopnia je zajęto, przekonują się, gdy jedna z kobiet z ich towarzystwa wstaje, by iść do toalety. Wysoka blondynka z zadbaną różową cerą; trochę podobna do Lady Di. Diego na pół unosi się z krzesła i głośno zaprasza ją po hiszpańsku do swego stolika. Towarzysz kobiety podrywa się gniewnie i odpowiada po angielsku: „Pan daruje, panie Maradona, ale to moja narzeczona i ma już stolik, przy którym siedzi”.

Diego wybucha śmiechem, kobieta wyniośle odchodzi, a kelnerzy śmieją się razem z Maradoną, który przeprasza tak, że nikt nie wierzy w szczerość jego słów, zwłaszcza ja. W tym momencie nienawidzę Diego Maradony i kocham go.

Być może pielęgnowałbym w sobie obsesyjną melancholię, gdyby Diego nie zadecydował, że to nie będzie noc zwierzeń. Moglibyśmy siedzieć, popijając czy może nawet wspólnie wąchając kokę i opowiadając sobie przy tym swoje życie, Coppola nie pozwala mi jednak wsiąść do taksówki, która zabiera ich do nocnego klubu Ministry of Sound na tyłach hotelu Dorchester, gdzie dziwki mieszają się z bogaczami.

– Diego nie przepada za tym Anglikiem – wyjaśnia szeptem jednej z dziewczyn z mojej obstawy, a ja rozumiem, że oto zaczęła się kręcić ruletka.

Według informacji z „News of the World”, po wizycie w San Lorenzo Diego zaprasza do hotelu kilka królowych nocy. Wybiera jedną z nich, Brazylijkę, aby razem z nim raczyła się kokainą.

Nie wiem, czy na pewno tak było, w każdym razie jestem przekonany, że nad ranem w niedzielę na londyńskiej Mayfair wszystko jest możliwe. Ja kładę się spać, nie mogąc się oprzeć czemuś w rodzaju osobliwej zazdrości. Samotny w łóżku, czuję się porzucony niczym pies bez smyczy.

Potem życie zaczyna się o mnie troszczyć podobnie jak o Diega. Następnego dnia, kiedy za Maradoną uganiają się po parku Battersea setki fanów, odbieram telefon z Madrytu i zostaję zaproszony do jednego z najbardziej cenionych programów. Oto ucieczka, za którą się rozglądałem. Kiedy w Londynie zapowiada się jesień, we mnie zaczyna się budzić delikatna niechęć; bardzo potrzebne mi jest ciepło i światło Hiszpanii, gdzie się urodziłem, osiem lat wcześniej niż Diego.

Diego Maradona
Diego Maradona (Foto: Materiały prasowe)

I oto zaczynamy podążać za sobą, niczym cień za ciałem, co odkrywam cztery dni później, kiedy wylądowawszy w Madrycie, dowiaduję się, że Maradona z Londynu poleciał do Alicante na południu Hiszpanii, aby tam ponownie poddać się kuracji odwykowej w klinice prowadzonej, jak zwykle, przez specjalistę, o którym słyszało niewielu lekarzy. Diego wierzy w medyków, ale nie w medycynę; wierzy w cuda i boskie podszepty, które pozwolą oszukać życie i śmierć. Jest wrzesień, pora, gdy wszyscy najlepsi europejscy piłkarze dopinają gigantyczne transfery i przygotowują formę do nowego sezonu. Tymczasem w Alicante Diego Maradona, kiedyś największy ze wszystkich piłkarzy, uczestniczy w scenie, która gdyby rozegrała się w Chicago, zostałaby może opisana przez Normana Mailera.

Mailer w książce W niewoli seksu tak mówi o sławie:.

Sława to częściej dzwoniący telefon i domaganie się wywiadów, których nie masz ochoty udzielić i nie udzielasz; sława to ludzie z ulicy, którzy powodowani sympatią, przerywają ci tok myśli; sława to także konieczność powstrzymywania się od sikania w zaułkach w obawie przed gliniarzami oraz tytułami na pierwszych stronach gazet; sława powstrzymuje cię przed robieniem z siebie głupka na parkiecie. Sława to niemożność anonimowego urżnięcia się w pierwszym lepszym barze, a więc i ukojenia obsesyjnej melancholii w noc prawdy.

To pewne, że wraz z Maradoną uczę się czegoś na temat sławy. W Alicante w wywiadzie dla miejscowego radia Diego snuje wyznania na temat swego uzależnienia od narkotyków, a potem uderza w moją książkę: „Burns nie jest w porządku, wylewa na mnie pomyje”, oświadcza, a potem wymienia listę zawodników, menedżerów i agentów, którym wytoczy procesy za to, że udzielili mi pomocy, gdy badałem jego życie. Wiem, rzecz jasna, że książki sam nie przeczytał, bo nie zna angielskiego, natomiast ktoś przeczytał mu kilka pierwszych stron, na których składam podziękowania wielu ludziom. Diego czuje się zdradzony i oznajmia, że dotychczasowi przyjaciele to tak naprawdę wrogowie.

Explore more:  Przegląd Sportowy w pakiecie Onet Premium

Kilka godzin później wraca do hotelu i mówi Coppoli, że chciałby się zabawić, zaczynając od miejscowego klubu nocnego, który funkcjonuje także jako burdel. Coppola najpierw stara się go powstrzymać, ale potem – tak jak zawsze robili menedżerowie przez cały czas kariery Maradony – ulega; trzeba być wyrozumiałym wobec kogoś, kto jest poza dobrem i złem, wobec półboga sportowego świata. Diego przyjeżdża do klubu, a widząc kilku mężczyzn rozmawiających z kobietami, każe właścicielowi oddać im pieniądze i ich odprawić.

Nad ranem wraca do hotelu w stanie, jak to określi jeden z portierów, „dziwnego podniecenia”. Wchodzi do windy z dwiema dziewczynami, ale kiedy ruszają, gaśnie światło. Wiem, co to klaustrofobia i ataki paniki, rozumiem więc coś z uczuć Diega, jednak to, co następuje potem, wyraźnie dowodzi, że jeszcze trochę brakuje do tego, aby nasze żywoty pokryły się całkowicie.

Dla Maradony to doświadczenie z windą nie jest tylko chwilą strachu i osaczenia. Staje się podróżą do piekła i z powrotem, jaką już przeżył: dławiące poczucie uwięzienia w straszliwej ciemności bez wyjścia, jak wtedy, gdy jako dziecko wpadł do otwartego kanału i zaczął się topić w zbiorowym szambie, zanim wyratował go wuj Cirilo. Teraz, w Alicante, Diego zachowuje się jak dzikie.

Zwierzę w głuszy, pojmane i zamknięte w klatce. Kopie, aż stopy zaczynają krwawić, ciska się, aż cały zlany jest potem; walczy z nienawistnym wrogiem, którego zawsze czuł obok siebie i w sobie.

Kierownik hotelu pozna konsekwencje jego gniewu, kiedy z pomocą przyjdzie straż pożarna. Diego rozbija i niszczy wszystko, co stanie mu na drodze: stoły, krzesła, bez różnicy. „Zabieraj się stąd, gówno warta ta twoja praca!”, Wrzeszczy na agenta ubezpieczeniowego, który zjawia się, aby oszacować straty.

Do incydentu w Alicante dochodzi dokładnie rok po tym, jak triumfalnie wrócił do dawnego klubu, Boca Juniors, kiedy skończyło się jego piętnastomiesięczne zawieszenie, bo podczas mistrzostw świata w USA test antydopingowy dał wynik pozytywny. Jest tu coś z déjà vu. Życie Maradony przypomina jazdę na rollercoasterze: wzloty na szczyty sławy i upadki na dno hańby. My wszyscy, którzy przez lata śledziliśmy jego karierę, nie ogłaszamy pospiesznie, że jest już na zawsze skończony ani że ostatecznie zwyciężył. Ale nawet najbliżsi przyjaciele Maradony szeptem mówią prywatnie to, co boją się wyznać publicznie: jeśli Diego dalej tak będzie postępował, to długo nie pożyje.

Myślę o nim, siedząc na krześle z upudrowaną twarzą, cieniami na powiekach i różem na policzkach, przygotowuję się bowiem do występu na żywo w telewizji. Ciśnienie sławy, wykoślawienia, których źródłem są wielkie pieniądze… Mam wystąpić w najpopularniejszej hiszpańskiej stacji, co oznacza, że podpisałem pakt z diabłem. Za darmowy bilet powrotny do Madrytu i możliwość zareklamowania książki zgodziłem się wystąpić w stacji telewizyjnej, która poważne reportaże utyka między niewybrednymi komediami i miękkim porno.

Przed programem siedzę jakiś czas z innym zaproszonym gościem. To Lucia, dziewczyna z Katalonii. Ma około trzydziestki i zdaje się, że życie nie obchodziło się z nią łagodnie.

– Jestem tutaj, bo już jako dziesięciolatka nie patyczkowałam się ze swoim ciałem – mówi i unosi spódnicę, aby pokazać mi dwie wielkie oparzeliny na udach. Na nadgarstkach ma blizny po eksperymentach z samookaleczaniem.

Lucia opowiada mi, że była molestowana jako dziecko, a od czasów dojrzewania zgwałcono ją pięciokrotnie, ostatni raz w szpitalu dla nerwowo chorych, z którego uciekła, aby uczestniczyć w programie.

Minuty dzielące nas od występu upływają, a Lucia wyznaje:.

– Ale wiesz, mam jeszcze inne życie. Lubię pisać, zwłaszcza wiersze. Myślę, że w ten sposób staram się znaleźć miłość.

Ja mam być pierwszy. Muszę sięgnąć po całe swoje dwudziestoletnie doświadczenie dziennikarskie, aby wyprzedzać pytania i kontrolować odpowiedzi, w wywiadzie najwyraźniej chodzi bowiem o to, aby wyeksponować tylko wszystkie złe aspekty życia Diega.

Nie powiedziałbym wprawdzie, że uważam go za najbliższego przyjaciela, staram się jednak z życzliwością nakreślić obraz kogoś, kto padł ofiarą ludzi, od których należałoby oczekiwać czegoś innego niż niszczenie cudzego życia: lekarzy, menedżerów, polityków żerujących na Maradonie przez cały czas jego kariery. Prezenter stara się wymusić na mnie ostateczną estocada, pchnięcie zadane geniuszowi, być może śmiertelnie rannemu, ja jednak chcę zakończyć wywiad pojednawczym gestem.

„Wielka szkoda, że Diego zaatakował książkę, wcześniej jej nie przeczytawszy. Moglibyśmy wtedy zasiąść przy drinku i spokojnie sobie porozmawiać”, mówię, zanim przed kamerami stanie Lucia.

Biedna dziewczyna. Żadnego doświadczenia dziennikarskiego, ofiara brutalnie poturbowana przez życie, obrazy jej poharatanego ciała na milionach ekranów telewizyjnych, podczas gdy ona stara się wyjaśnić, dlaczego robi to, co robi.

Explore more:  Żużel NA ŻYWO: Moje Bermudy Stal Gorzów - Motor Lublin. Relacja i wynik meczu

Wieczorem okazuje się, że stacja telewizyjna wynajęła nam pokoje w tym samym luksusowym hotelu w centrum Madrytu. Recepcjonistka jest pewna, że zabrałem Lucię z ulicy, rzuca mi więc.

Konspiracyjne spojrzenie, gdy prosimy o osobne pokoje. Mamy już wejść do windy, kiedy pytam Lucię, czy nie wypiłaby ze mną w barze drinka na dobranoc.

– O niczym bardziej nie marzę – odpowiada i w jej promiennym uśmiechu na chwilę rozpływa się napięcie zrujnowanego życia.

Diego wraca do Buenos Aires, a ja do Londynu. On kontynuuje kurację; wygląda na to, że nie ma ona końca: walka z czarownicami, ze starzeniem się, z tym, że nie gra już w piłkę tak jak kiedyś.

Czuję, że to nasza wspólna walka: bo oto zmarł mój ojciec, książka jest napisana, a na biurku stoi kartka pocztowa z wietnamskimi wieśniakami, na której odwrocie widnieje napis Miss Saigon. Moja eksdziewczyna wyjechała do Sajgonu, jakby już nie było innych miejsc na świecie, pozostawiając mi swojego ducha i cień Diega. Wydawca informuje mnie, że książka wzbudziła duże zainteresowanie, a ja nie mogę się zebrać, aby mu wyznać, że to, co napisałem, przywołało okropne wspomnienia innych zdarzeń.

– Jak się czujesz? – Pyta mnie przyjaciel pewnego dnia, gdy zima zaczyna już chwytać Londyn w swe mroźne uściski. Kopiemy piłkę w parku nad rzeką.

– Sypię się, bracie, sypię się – mówię mu.

Jestem tam, gdzie kiedyś znalazł się Diego: w zbiorowym szambie życia. Wspomnienie wuja Cirilo wyciągającego Diega z kanału przypomina o wielkiej żywotnej sile Maradony, ale mnie najbardziej dręczy niemożność pozostawienia napisanej książki raz na zawsze za sobą.

Byłem pewien, że skończyłem już ją promować, kiedy nagle rozdzwaniają się telefony. Przez dobre dwa tygodnie argentyńscy dziennikarze zadręczają mnie pytaniami, co sądzę o ostatnim upadku Diega. Zainteresowanie moją książką jeszcze wzrosło, kiedy aresztowano Coppolę pod zarzutem uczestnictwa w siatce szmuglującej narkotyki. Diego w ciszy rozpamiętuje uwięzienie przyjaciela i powiernika; zaczyna wierzyć, że to część wielkiego spisku przeciw niemu, którego elementem jest moja książka. Jego prawnicy rozesłali listy do kilkunastu osób, moich rozmówców, i domagają się, aby odwołali swoje słowa.

Postępowanie przeciw Coppoli zostaje zawieszone, pojawia się bowiem sugestia, że to policja podrzuciła mu do mieszkania kokainę, a potem podstawiła fałszywych świadków. Maradona zeznał przed sądem, że on i jego menedżer są niewinni, a samo to wydarzenie stało się dowodem jego niegasnącej popularności; wszyscy pracownicy sądu zbiegli się i prosili o autograf, a także o wspólne zdjęcie z dawną gwiazdą.

W przeszłości tego typu reakcje umacniały w Maradonie przekonanie, że jest poza dobrem i złem i że ma w swojej ojczyźnie bardzo silną pozycję. Czemu więc z taką łatwością zgadzam się na propozycję mojego argentyńskiego wydawcy, aby odbyć kolejną podróż promocyjną?

Cóż, Maradona nadal mnie fascynuje, coś jednak szepcze mi w duszy, że musimy się rozliczyć, gdzieś, jakoś; bohater i biograf muszą wyrównać rachunki… Nie, nie „gdzieś”, lecz tam, gdzie wszystko się zaczęło, i to nie tylko w sposób, którego ani ja, ani on nie wybieramy. Nawet nie potrafilibyśmy go przewidzieć.

I oto kiedy drugiego kwietnia szykuję się, aby wsiąść do samolotu British Airways, którym polecę do Buenos Aires, nie mogę nie zastanowić się nad znaczeniem tej daty: piętnasta rocznica mojej próby ogniowej jako zagranicznego korespondenta „Financial Times” w Buenos Aires. Drugi kwietnia 1982 roku, tłumy z narodowymi flagami i antybrytyjskimi sloganami napływają na Plaza de Mayo, a ja czuję się porażony myślą, że Argentyńczycy i Anglicy niebawem mogą zacząć się zabijać na odległych wyspach.

W przeddzień inwazji poszedłem zobaczyć Maradonę w towarzyskim meczu ze Związkiem Radzieckim. Nad stadionem River Plate przetoczył się okrzyk „Kto nie skacze, jest Anglikiem!” I wszyscy zaczęli podskakiwać. Tymczasem zawodnik numer jeden w reprezentacji Argentyny – nie ja – był skazany na klęskę, grając na boiskach Hiszpanii, mojego rodzinnego kraju. Argentyńskie media mogły łgać o tym, co działo się w okopach, ale z meczami transmitowanymi na żywo z Hiszpanii niewiele dało się zrobić, a mało brakowało, by ludzie wyłączyli odbiorniki i wyszli na ulice. Wpatrzone w telewizory miliony Argentyńczyków ignorowały informacje, że pociski spadają na Port Stanley, a ich oddziały są w odwrocie, widziały natomiast, jak ich drużyna przegrywa 1:0 z Belgią, a w meczu z Brazylią Maradona zostaje wyrzucony z boiska za brutalny faul na pomocniku, co stanowiło upokarzające zwieńczenie jednego z jego najgorszych występów w trakcie całej kariery.

Kup książkę “Maradona. Ręka Boga”.

O autorze:

Jimmy Burns, wielokrotnie nagradzany dziennikarz, pracujący m.In. Dla „Financial Times”, i pisarz pochodzenia brytyjsko-hiszpańskiego.

Jest autorem książek o słynnych piłkarzach i piłce nożnej – m.In. Cristiano i Leo. Historia rywalizacji Ronaldo i Messiego, Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol, Barça. Życie, pasja, ludzie – a także o kulturze i historii Hiszpanii oraz Ameryki Południowej.

Za książkę The Land That Lost Its Heroes otrzymał Nagrodę Somerseta Maughama w kategorii non-fiction.

Wiele lat spędził jako korespondent w Argentynie; obecnie mieszka w Londynie.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.

Źródło:Wydawctwo Albatros.

Data utworzenia:.

12 marca 2021, 12:10.

Bono